Przejdź do treści

Park Tsitsikamma – 5 sierpnia 2008

Rano opuściliśmy Port Elizabeth i udaliśmy się w kierunku Kapsztadu. Z przerwami na inne atrakcje podróż zajmie nam trzy dni. Nasz pobyt w RPA tym samym – powoli, ale nieubłaganie – zbliża się do końca.
Niebo zaczęło się chmurzyć i zapowiadało się na to, że będzie padał deszcz. Nasz przewodnik stwierdził, że prawdopodobieństwo jest 60%. Na szczęście prognoza okazała się błędna. I całe szczęście. Zwiedzanie w deszczu nikomu się nie uśmiechało.

Pierwszy przystanek mieliśmy przy drzewie, które miało być tak duże, że wszyscy (16 osób) mieliśmy go nie dać rady objąć.
No i rzeczywiście nie mogliśmy go objąć, ale tylko dlatego, że… było ogrodzone. Miało 800 lat i 36,6 metrów wysokości. Z parkingu do drzewa prowadziła ścieżka edukacyjna o długości ok. 500 metrów z tabliczkami informującymi przed jakimi roślinami lub drzewami się znajdujemy.

Następnym punktem programu był Park Tsitsikamma.
To taki tutejszy kurort ze szlakami do spacerowania, plażą do leżenia i ładnymi widokami. Można tam spędzić kilka dni w wynajętym domku, ale rezerwację trzeba zrobić z dużym wyprzedzeniem. Jak w wielu innych zresztą miejscach w RPA.
Mieliśmy dojść szlakiem do mostu linowego i wrócić. Okazało się jednak, że droga do mostu jest zamknięta, bo były jakieś osuwiska skalna czy coś w tym guście.

Kolejnym punktem były skoki na bandzi. W miejscu o tyle szczególnym, że jest to najwyższe miejsce, skąd można skoczyć. I o dziwo mieliśmy chętnych na ten skok (Dyniak, Kostrzew, Wanda, Sebastian, Patrycja G. i Michał).
Ze skoku wrócili pełni niezapomnianych wrażeń. Zapewne wybierali się z nadzieją na większe, ale byli wielce zadowoleni.

A niezapomniane będą m.in. dlatego, że miejsce do skoków jest dobrze zorganizowane. Skoki oglądało się równocześnie na żywo i na dużym ekranie. Chwilę po skoku można było sobie kupić płytę ze zdjęciami i filmem ze swoim skokiem. Dostawało się specjalny dyplom/certyfikat i można było sobie kupić koszulkę. Można też było wstawić swój skok od razu na YouTube. Za drobną opłatą oczywiście.

Na nocleg pojechaliśmy do czegoś w rodzaju schroniska. Wieczorem zrobiliśmy pseudokominek. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i pograliśmy w stare harcerskie gry. I w ten sposób dotrwaliśmy do godziny, o której już można było pójść spać.

Dziś nic nie wyszło z planów zmiany diety. Śniadanie zjedliśmy w Makdonaldzie, a kolację w Kejefsi.

Mirek Grodzki